Z założenia - o moich snach przedziwnych, a pewnie również o filmach i książkach, które wplątały się bardziej znacząco w moją rzeczywistość. I bez wątpienia o świeżo znalezionych i mało zużytych słowach, które czasem do mnie przychodzą a później zapisuje je w zeszycie z truskawką i czuję się jak mały Leśmian. I o moim kocie oraz bracie musi być bo to osobowości nieprzeciętne i kopalnia inspiracji. Nie będzie natomiast przesadnego wybebeszania. Wybebeszanie się na blogach zapewne generuje samowstręt
środa, 27 sierpnia 2008
Bawię sie w umienie rysować

Narysowałam coś pierwszy raz od paru lat. Rysować nie umiem ani trochę. Ale za to jaka jestem z siebie dumna. Rysunek należy do kategorii psychicznie niezdrowych a do tego mi się przyśnił.

Sami sobie interpretujcie co autor miał na myśli. Bardzo jestem ciekawa! 

Na sercowym baloniku siedzi ptaszek zapewne wróbelek (bo jest moim ulubionym) - to dla niedomyślnych

Koła są kanciaste bo nie umiem narysować prostych. Znaczy okrągłych.

 

wózek
22:03, nessarose
Link Komentarze (5) »
wtorek, 26 sierpnia 2008
Groźby karalne
Bratek: Magda! zabiję ja Ciebie!
Ja: mnie? i co wtedy?
Bratek: I będzie krew leciała!
Ja: A co powiesz wtedy mamie?
Bratek: "Mamo, Magdy już nie ma!"
Ja: A mama co?
Bratek: Da mi klapsa chyba!
sobota, 19 lipca 2008
Królewna uwięziona w wieży strzeżonej przez wielką ćmę
Nie wynoście pościeli do wywietrzenia na balkon. Nigdy. Jeśli pościel wymaga wywietrzenia - wyrzućcie ją bez żalu i kupcie sobie nową. Ja od dziś będę tak robiła. Zawsze. Bo właśnie dziś, bawiąc się w pomysłową mnie, popełniłam ten błąd - wytaszczyłam swoje kołderki i poduszki na słońce, rozłożyłam je schludnie na krzesłach i pozwoliłam dotleniać się dzień cały. A potem o tym zapomniałam, bo takie zabawy nudzą mnie błyskawicznie. Pół godziny temu zawlokłam je z powrotem do pokoju i... spotkała mnie kara za próbę bycia Żoną ze Stepford. Otóż razem z różową kołderką (różowa jest po zdjęciu poszewki tylko, nie myślcie sobie), niczego nie podejrzewając, przywlokłam do pokoju wielką, obrzydliwą, włochatą ćmę. Ćma siedzi teraz na suficie, a ja - kliniczny przykład entomofobii - owinięta w dwa koce kulę się przed kompem ("przed kompem" to akurat najdalej od ćmy wysunięty przylądek mojego pokoju), bo jak na ironię jestem sama w domu i znikąd pomocy. Draakul robi co może, wymyśla coraz to nowe sposoby, żeby dostać się na sufit. Póki co bez sukcesów.
Niech ktoś się zjawi i mnie uratuje. Jestem w stanie oddać rękę, wianek (zdezelowany nieco), pół królestwa... cokolwiek!
01:48, nessarose
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 lipca 2008
Znikanie, kocie smutki i muffinowe perwersje

Jutro znikam na 2 tygodnie. Nie cieszę się prawie wcale. Na miejscu wszystko zostawiam rozpaprane i niewyjaśnione. Uciekam, spróbuję sie zdystansować i spojrzeć na wszystko pod innym kątem. Może zacznę myśleć o tym jakoś inaczej, z innej strony, albo w ogóle nie będę myślała.

Zawiozłam dziś kota do W., w związku z czym chodzę sobie teraz i popłakuję. Liczyłam, że nie będzie traumy, bo kot lubi W. jak mało kogo, a tymczasem D. był jednym wielkim kocim przerażeniem i tylko szukał miejsca, by się schować. Udawało mu się to nadzwyczaj skutecznie - najpierw musieliśmy przemeblować kuchnię, bo zaklinował sie pod szafkami, a później szukaliśmy go dobry kwadrans - schował się w nogawce spodni W. - rzecz jasna - nie tych, które W. miał na sobie, tylko takich przypadkiem porzuconych na fotelu.

Teraz ponoć powoli się oswaja - zainstalował się pod biurkiem, nadal odmawia jedzenia, ale za to domaga się pieszczot - to dobry znak.

Tęsknię, zamartwiam sie i mam ogromne wyrzuty sumienia.

A dom bez kota to jakaś smutna parodia. Nevermore.

A dla Was - zadanie na rozmyślenie, w związku z tematem muffin, który zaczął H. Plan jest taki, że gdy ja wrócę z CP a H. z Serbii - spotykamy się i będziemy szukać sensu egzystencji w pieczeniu ekstrawaganckich muffin. Niniejszym ogłaszamy konkurs na najbardziej perwersyjny i wyrafinowany pomysł z czym można zrobić muffiny. Ja zaproponowałam ciemną czekoladę + chilli (choć to stosunkowo znane połączenie), białą czekoladę + skórkę cytrynową + pieprz i - last but not least - mój osobisty faworyt - muffinki faszerowane morfiną - tak zwane morfinki. A specjalnie dla mojego poszkodowanego kota, celem pokrycia poniesionych strat moralnych - muffiny z walerianą i myszami.

Bywajcie kochani! Wrócę.

01:55, nessarose
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 czerwca 2008
Gra szklanych paciorków albo współczesny Kopciuszek
Od około dwóch lat do dziś stało u mnie w pokoju spore metalowe pudełko wypełnione koralikami, kupionymi kiedyś, gdy zapragnęłam odnaleźć sens egzystencji w własnoręcznym robieniu biżuterii. Kolczyków zrobiłam kilka, może kilkanaście par, z czego trochę rozdałam znajomym, trochę sprzedałam, ale większość zostawiłam dla siebie i pogubiłam, będąc proszę pana, na zakrętach. Ciężko pamiętać o ponownym wciskaniu sobie metalu w uszy, gdy wybiegasz z czyjegoś mieszkania trzaskając drzwiami. Biorąc pod uwagę moją słabość do  mężczyzn, przedkładających czytanie książek i pielęgnowanie posiadanych bądź urojonych zaburzeń osobowości nad tak prozaiczne czynności jak zamiatanie - możliwe, że jakieś kolczyki mojego projektu do dziś kurzą się gdzieś pod ich łóżkami przejęte w charakterze plemiennych kosztowności przez kolonie szczękoczułkowców rzędu Acari. Nietrudno zgadnąć, że sensu egzystencji nie odnalazłam i jak to zwykle ze mną bywa - bardzo szybko znudziłam się kolczykotwórstwem. Puszka z koralikami nie mając swojego miejsca zagracała coraz to inne miejsca mojego kawałka mieszkania.
Dzisiaj, przestawiając ją po raz setny z komody na półkę, dojrzałam do decyzji żeby zrobić porządek z zawartością. Wyrzucić mi było szkoda, bo ładne, poza tym wydałam na nie moje ciężko zauczone pieniądze w kwocie wcale nie małej. Przejrzałam i posortowałam koraliki, żeby ponawlekać je w długie sznury - prosty i wielofunkcyjny dodatek do letnich sukienek, bo i na szyi można zawiązać i wokół nadgarstka zamotać...
Na pierwszy ogień poszły wszystkie czerwone, czarne i z hematytu - były ich dwie-trzy duuże garście, w najróżniejszych kształtach i rozmiarach - od malutkich o średnicy milimetra, których było najwięcej, do podłużnych, kilkucentymetrowych. Nawlekałam przez całe leniwe przedpołudnie, symultanicznie oglądając film, słuchając muzyki i konsumując czekoladki. Jednak głównie nawlekałam - film był po to żeby nie popaść w rozpacz spowodowaną faktem, że tak marnotrawię czas - koralik po koraliku - kilkaset indywidualnych nawleknięć. W końcu koraliki się skończyły i wyszedł mi imponujący, chyba czterometrowy sznur. Bardzo ładny, lubię połączenie czerwieni i czerni, a to było wyjątkowo udane, bo porzeczkowoczerwone, przezroczyste kryształki pojawiały się co kilka czarnych, matowych centymetrów ślicznie załamując światło. Naszyjnik był ciężki, wyglądał jak kolia i fantastycznie komponował się z moją nową bordową sukienką. Poszłam podziwiać efekt w łazienkowym lustrze, oglądałam sie z każdej strony i przez kwadrans robiłam do lustra miny. W końcu stwierdziłam, że wystarczy próżności na dziś i zaczęłam szukać na karku zapięcia naszyjnika. Szło mi to dość opornie, bo moje włosy postanowiły się weń wplątać, zniecierpliwiona szarpnęłam i...

pac, pac, pac!

kilka godzin trudu i znoju rozpełzło się w cztery strony świata po łazienkowej podłodze, wpadając do kosza z bielizną, pod wannę, za pralkę i wszędzie gdzie to tylko możliwe. Z biustonosza wytrząsnęłam ilość wystarczającą na zrobienie całkiem pokaźnej bransoletki, gdy zamachałam włosami - sypnęło się drugie tyle.

Nie zamiotłam podłogi, stwierdziłam, że koralików dość mam na życie. A dzisiaj to już absolutnie nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Kot biega po łazience, szczęściem ogupiały, nie wie którą kulkę ma łapać, bo wszystkie mu się podobają

Zostało mi ich jeszcze bardzo dużo. Miałam zamiar zrobić naszyjnik w tonacji fioletowej, przezroczysty i dla mamy żółtopomarańczowozielonokolorowy z tego co zostanie... Ale Nevermore! H. przychodzisz do mnie jutro - wymyśl co możnaby zrobić z tymi koralikami żeby zeszły mi z oczu a dostarczyły radości. Myślałam jak pięknie byłoby je wszystkie zrzucić z dużej wysokości i patrzeć jak spadają i rozpryskują sie na chodniku. Gdzie w centrum Łodzi jest duża wysokość?
17:48, nessarose
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 czerwca 2008
Ojejku!

Weszłam na mojego ulubionego bloga Maganuny [o tutaj kliknij!]. Zresztą, autor tego bloga to moja siostra, który mnie zainspirował do pisania własnego (szczegóły w poście założycielskim. I zapiszczałam z radości! Otóż w nowej notce [tutaj kliknij teraz!] 

Maganuna wyznaje, że go swoim pisaniem zainspirowałam. I to podwójnie. Jest mi oh-tak-niezmiernie-miło, że aż muszę o tym wspomnieć.

Właściwie założyłam tego bloga by pisać dla siebie. Adres podałam dosłownie kilku osobom, zakładając, że pewnie wejdą tutaj raz i na tym się skończy, co mnie zresztą wcale a wcale nie zniechęcało. A tymczasem okazuje się, że ktoś czyta, komuś się podoba i do kogoś trafia. Przeto jest mi niezmiernie miło. A (mimo że piszę dla siebie i blablabla) czytanie komentarzy to dopiero frajda!

Wymyśliłam zatem, że przeprowadzę na Was taki mały eksperyment - niech każdy regularniej odwiedzający zidentyfikuje się w komentarzu pod tym postem, co? (nie trzeba się logować ani nic, specjalnie zmieniłam ustawienia :) ) to będę wiedziała ile osób zagląda i kogo mam nie obgadywać :>
Czyta się: "Psychologia kliniczna" H.Sęk tom I - uświadomiłam sobie, że już za 8 miesięcy mam egzamin z klinicznej - toteż Myśliwski niestety degraduje się i zostaje z konieczności lekturą dopoduszkową a z klinicznej robią się notatki i w ogóle. W kolejce tom II a także monografie o schizofrenii, depresji i borderline.

Słucha się: "No, Virginia" - bo wczoraj sobie uświadomiłam, że nowa płyta The Dresden Dolls jest już dostępna chyba od miesiąca i nadrabiam zaległości (płyta właściwie nie jest nowa, bo to jakieś pozostałości z sesji do "Yes, Virginia", ale oficjalnie wydane dopiero niedawno. Słucha się nienajgorzej, choć wrażenie że to utwory, które okazały się za mało dobre by je wydać w prima sort - jednak nieodparte)

  
21:05, nessarose
Link Komentarze (7) »
!

Bardzo pilna sprawa!

http://krzyczki.jg1.pl/ 

roześlijcie to dalej, gdziekolwiek się da. Wszyscy! Może dzięki temu uda się uratować chociaż jednego psiaka - to będzie już bardzo dużo.

 

15:42, nessarose
Link Dodaj komentarz »
Samopocieszanie

Właśnie wróciłam ze sklepu, gdzie drogą kupna nabyłam :
- Lody BON TON o smaku czekoladowym z kawałkami czekolady firmy Koral, 500ml za 4,90
- Bitą śmietanę w sprayu... a właściwie - jak można przeczytać na opakowaniu Lekką i puszystą bitą śmietanę; gotową do użytku śmietankę w opakowaniu aerozolowym z cukrem, cukrem gronowym i wyciągiem z wanilii ultrawysoko podgrzaną (bzdura - jest zimna) marki ARO (nie mieli nic lepszego) za 5,10 PLN

Wykonując prostą operację algebraiczną dowiadujemy się, że za zakupy zapłaciłam nad wyraz schludną kwotę 10.00 PLN, myślę że to jakaś cicha umowa obu firm, swoista fuzja. Pewnie ustalili takie komplementarne ceny żeby ludzie kupowali w zestawach. Że też w sklepie nikt na to nie wpadł. Powinni zadbać o odpowiednią ekspozycję... na przykład taką jak na poniższym obrazku....

zestaw \

Gdy Draakul zobaczył, że robię zdjęcia na bloga, to ponad wszystko zapragnął znaleźć sie na jednym z nich. Chciał się Wam pochwalić, jaki jest ładny, próżniak jeden! Obiecałam mu, że umieszczę. Zatem poniżej zestaw w wersji wzbogaconej o kota (po zjedzeniu lodów z bitą śmietaną, kota można sobie położyć na brzuchu... choć możliwości jest więcej - jeśli ktoś lubi kuchnię orientalną może też spróbować zjeść kota z bitą śmietaną, a lody spożytkować jako zimny kompres do przyłożenia na stłuczone kolano. Pamiętaj - ograniczenie stanowi tylko Twoja wyobraźnia).

zestaw \

A zatem przystępuję do skonsumowania serotoninowego kopa (hmmm... a gdyby tak wierzch śmietankowego obłoczka posypać zawartością zaoszczędzonych kapsułek Alventy?)... łyżeczka w dłoń i jazda ku szczęściu!

13:21, nessarose
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 czerwca 2008
Rozważania kwadrans po drugiej, ekspedientka z Bułhakowa, koty i mężczyźni golący się w wannach

 

Zdecydowanie moja ulubiona pora doby. Przyniosłam z kuchni imponujących rozmiarów kubek herbaty z cytryną, słoik miodu i bagietkę. Przebrałam się w męską batystową (niektóre materiały lubię już nawet za samą fonetykę ich nazw i batyst do nich właśnie należy) koszulę, czyli najlepszy strój na czas, gdy dzień już niczym nie może mnie zaskoczyć. Makijaż zmyłam w cholerę, przeto wyglądam jak dziewica. Słucha się ścieżka dzwiękowa z "Podwójnego życia Weroniki", kota nie ma w pobliżu. próbowałam go namówić, ale nie dał się zwabić bagietkami z miodem, Dziwnie spokojnie jest jak na dzisiejszy dzień... bo właściwie do niedawna byłam jak podmiot z piosenki, którą Janda śpiewała na koncercie w Trójce
 
Ja po prostu za chwilę zwariuję. Albo zacznę myśleć o tym jakoś inaczej, z innej strony, albo w ogóle nie będę myślała. Mówię do siebie "nie myśl! Jest tyle kobiet, które nie myślą i jakoś im idzie". Postanowiłam cały dzień robić porządek w szafie. Porządek w szafie daje poczucie bezpieczeńsrwa - równo poukładane stosy bielizny - to jest to. Wyjęłam letnie rzeczy, przewietrzyłam, trochę przy tym wypiłam. Potem... wyjęłam zimowe, też przewietrzyłam, wypiłam - to jest to.


W. przyszedł mnie rozerwać, ale wygoniłam. Albo sam się wygonił, nie pamiętam...

Obejrzałam wczoraj ponownie "Plac Zbawiciela" i się rozpaprałam. Szerzej nie będę o tym... ale.. swoją drogą - też uważasz, że mężczyzna, który goli się i jednocześnie zażywa kąpieli siedząc w wannie, to widok z kategorii tych najżałośniejszych (dla tych co nie widzieli lub nie pamiętają - była w filmie taka scena, stąd moja refleksja) ? Panowie, proszę, nie pozbywajcie się zarostu w ten sposób, jesteście wtedy śmieszni i odpychający.

Poza tym wczoraj przytrafiła mi się sytuacja jak z "Mistrza i Małgorzaty" a nawet bardziej! W sklepie nocnym na Piotrkowskiej była ogromna kolejka, więc by mieć pewność, że moje czekanie odniesie upragniony skutek, spytałam naburmuszonej ekspedientki czy dostanę to co chciałam kupić. Pani nie używając słów odburknęła coś, czego (mimo że mam dobre wyczucie komunikacyjne) nie udało mi się zinterpretować jako zaprzeczenia (szczególnie, że brzmiało prawie jak "jest"). Grzecznie zatem odstałam w kolejce pół godziny, z anielską cierpliwością znosząc problemy decyzyjne miłośników taniego piwa i mało wyrafinowanych win. Gdy w końcu znalazłam się twarzą w twarz z wyżej wspominaną ekspedientką usłyszałam pełne dezaprobaty mlaśnięcie i: "ojej, no przecież mówiłam, że nie ma!". Po czym strojna w nylonowy fartuszek  sprzedawczyni nie wiedzieć czemu, obraziła się. Mnie natomiast rezygnacja z bezsilnością wessały do wewnątrz i nawet nie zdobyłam się na żadną złośliwość pod jej adresem.

Ah i jeszcze jedna ważna rzecz. Przypadkiem trafiłam dziś na stronę http://www.sfinx.org.pl/ . Dbajcie o swoje koty. I uważajcie na nie. Koty o które się nie dba mogą się zgubić. A zgubionym kotom dzieją się rzeczy straszne. Źli ludzie robią im krzywdę, a na stronie są na to przykłady konkretne i nie pozostawiające złudzeń co do jakości świata Spłakałam się gorzej niż sentymentalna dziwka czytająca "Damę Kameliową". Jeśli nie macie kota to zaproście jakiegoś. Dom bez kota się nie liczy.

Słucha się: Preisner nadal

Czyta się: "Traktat o łuskaniu fasoli" Myśliwskiego. I dlatego nie napiszę nic więcej. Bo "Traktat" czyta się przecudnie i właśnie zatęskniłam za jego hipnotycznym rytmem. Uwielbiam takie długie monologi wypowiedziane. Znakomita lektura na koniec dnia. A zatem dobranoc.


02:19, nessarose
Link Komentarze (2) »
O celowości zachowań bezcelowych

Bratek podczas kąpieli przez kilka minut z zapałem, który przytrafia się tylko trzylatkom (i dorosłym cierpiącym na manię), namydla i trze gąbką kafelki nad wanną 

ja: Bratku, co robisz?

B: myję ścianę

ja: ale po co?

B: żeby piękna była! 

00:51, nessarose
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 czerwca 2008
Historia oka - epilog

Czy pamiętasz jak migało moje Oko Do Kluczy? Zatem pięlęgnuj sobie w duszy ten obraz bo Oko już nie pomiga. Wymigało się od migania. A właściwie zostało wymigane przez W.
W. jest posiadaczem imponującego spektrum objawów zespołu nadpopudliwości psychoruchowej. Nieleczone ADHD u dorosłych to dla społeczeństwa bardzo kosztowna impreza. Statystyki biją na alarm - osoby z ADHD więcej palą, piją, chętniej sięgają po narkotyki i częściej powodują wypadki drogowe. A ponadto - (i to będzie najgorsze!) - w celu zredukowania odczuwanego pobudzenia niszczą zabawki smutnookich, czarnowłosych dziewczynek, poprzez ustawiczne uderzanie nimi (zabawkami, nie dziewczynkami) w poręcz fotela. Ten smutny los podzieliło również Oko - bestialsko zmuszane do migania przez kilka godzin bez przerwy zamigało się na śmierć - po długiej, bohaterskiej walce wydało w końcu ostatni mig i poszło do neonowego raju. Obmyślam krwawą zemstę. Oko za Oko. Jak myślisz, czy uderzanie W. o poręcz fotela aż się wymiga będzie wystarczająco okrutne?

Potrzebuję pocieszenia. Najlepiej buziaka w oko. I kontaktu do dobrego okulisty. Może przepisze jakieś krople i jeszcze mi się oczka zaświecą.
01:47, nessarose
Link Komentarze (2) »
sobota, 21 czerwca 2008
A niby dlaczego nie śledziona?
Dyskusja z bratem:
ja: Bartek, Ty masz tyle fajnych pomysłów, gdzie one Ci się mieszczą? Gdzie Ty je trzymasz?
B: (celując palcem wskazującym gdzieś w centralne rejony swojego korpusu): TU!!!
ja: (niepewnie) w serduszku?!
B: Nie! w brzuszku!

Czyli kolejny głos w dyskusji na temat umiejscowienia duszy w ciele. Kartezjsz kombinował z szyszynką, ale niby dlaczego dusza nie miałaby sobie przycupnąć na takiej np. śledzionie... W końcu śledziona to spleen.

A ponadto - zakończyłam sesję piszac na egzaminie ze statystyki życzenia miłych wakacji dla pana profesora i zapowiadając, że dopiero we wrześniu będę w stanie sprecyzować swoje poglądy na temat badania prawdziwości hipotez zerowych. Ale cieszę się względną wolnością.
W snach ostatnio nic ciekawego, a ja z racji ww. wolności wracam do życia. Nie jestem pewna czy jeszcze pamiętam jak to się robi.
niedziela, 15 czerwca 2008
This is a man's world

Przed chwilą przeprowadziłam bardzo pouczającą rozmowę z moim słynnym bratem lat 3:


B: Ty możesz tatą być?
ja: Nie, kochanie, nie mogę być tatą, bo nie mam siusiaka
B: (tonem sugerującym, żebym sobie nie żartowała) Maaaaasz!
ja: nie mam, no gdzie?!
B: Tu! pod spodniami schowany!
ja: Nie mam siusiaka!
B: Wszyscy mają!
ja: nie, tylko chłopcy! a dziewczynki mają cycuszki!
B: ja też mam cycuszki! malutkie!
ja: a ja jakie mam?
B: OGROMNIASTE!!!!

ech ;) idealizuje mnie :) gdyby wszyscy faceci tak myśleli to świat byłby piękny :)

 

apdejt:

a wczoraj bodajże:

B: (ciągnąc mnie za dekolt bluzki) co tam masz?

ja: piersi... wiesz... cycuszki

B: (konspiracyjnym tonem) dasz podotykać?

 

:) 

 

rzut w dal kulą z aniołkiem i sen sensacyjny
Zastanawialiście się kiedyś jak to jest, gdy pęka szklana kula z wodą i śniegiem w środku? Taka do potrząsania i generowania błysku w dziecięcych oczach, taka, którą można zobaczyć we wszystkich amerykańskich komediach rodzinnych nadawanych w okresie świątecznym? Mogę opowiedzieć, bo dziś w w przypływie nasilonej bezsilności rzuciłam swoją o podłogę. I chyba muszę się z tego wirtualnie wybebeszyć - mam wyrzuty sumienia względem aniołka, który w kuli siedział. Jak ktoś uwierzył, że się nie będę na blogu wybebeszać, to jest albo naiwny, albo mnie nie zna ani troszkę.
Bardzo lubiłam tę kulę. Kto mnie odwiedził w czerwonym pokoiku, ten może pamięta. W środku mieszkał pyzaty, golusieńki aniołek, któego można było w nieskończoność obsypywać złotym brokatem. Do tego kolorystycznie była ładna, bo wszystko co nie było ze szkła i brokatu, miało kolor kości słoniowej. Niby kicz, ale nie kicz. Była ładniejsza niż wszystkie inne kule jakie widziałam.
Niestety dzisiaj rozpacz jakże ogromna mnie dopadła (miała zresztą jasno sprecyzowany powód, ale o nim pisać nie będę, bo nawet wybebeszanie ma swoje granice) i poczułam wielką potrzebę zdemolowania czegoś, żeby sobie ulżyć choć trochę. W zasięgu ręki miałam niestety tylko kulę i lusterko, jak na złość - żadnego kubka, wazy czy słoika z konfiturami! Lusterko było nawet bliżej, ale wykorzystałam resztki zdrowego rozsądku do przeprowadzenia błyskawicznej analizy, z której wyszło mi, że siedem lat nieszczęścia to zbyt wysoka cena za chwilę radości. Zatem drogą eliminacji padło na tę nieszczęsną kulę, rozprysnęła się po całym pokoju, płosząc kota. Teraz wszędzie na podłodze mam brokat i opiłki szkła. Zamiotłam, ale i tak boję się chodzić boso, bo gdy byłam małą dziewczynką, ktoś mi powiedział, że jeśli taka niewidoczna szklana igiełka razem z krwią dopłynie do serca, to serce zmieni mi się w szklaną grudkę i umrę.
Aniołek nadal jest na podstawce, odpadło mu jedno skrzydło. Wygląda żałośnie i bezbronnie bez swojej skorupki, wydawał się sporo większy gdy patrzyłam na niego przez wypukłą soczewkę kuli. Odwróciłam go do ściany, bo czuję się jakoś niezręcznie gdy na siebie patrzymy. Właściwie żałuję, że nie rzuciłam lusterkiem.

W snach też było ciekawie! Jeden był taki pogmatwany - naprawdę ogromnie żałuję, że nie mogę go Wam wrzucić na youtube, bo opowiadanie nie odda jego fajności. Ale spróbuję. Trafiłam ze znajomym do takiego wieeelkiego apartamentowca. Przeogromnego. Rzecz jasna, nie był to zwykły apartamentowiec, tylko całe miasteczko, zbudowane dla tych kilkudziesięciu osób, które miały tam mieszkania. Wszystko tam było, absolutnie, nawet krematorium! A to dlatego, że Ci ludzie nigdy stamtąd nie wychodzili, ale byli bardzo szczęśliwi. Takie Stepford trochę, tylko, że zupełnie inaczej. I w estetyce fabryki czekolady z filmu Burtona. Sen był bardzo zabawny, wielowątkowy i przerażający zarazem, bo później oczywiście okazało się, że my też stamtąd nie wyjdziemy, co niespecjalnie było nam na rękę. W końcu jednak użyliśmy sprytu, w który byliśmy wyposażeni daleko lepiej niż na jawie, wykorzystaliśmy jakiś niesamowicie sprzyjający zbieg okoliczności, deus pojawił się ex machina i zbiegliśmy z tej krainy wiecznej szczęśliwości. Przyznaję - końcówka jest kiepska i nasuwa skojarzenia z niskich lotów filmem sensacyjnym, też bylam nią rozczarowana, choć myślę, że to miała być taka świadoma gra z konwencją jak w filmach dobrych reżyserów... Szczególnie, że cały sen był znakomity. Dawno się tak dobrze nie bawiłam w łóżku.

...a woda w tych szklanych kulach ze śniegiem pachnie trupami.


Czyta się: Tokarczuk, Olivier Sacks i podręcznik do statystyki
Słucha się: Bat for Lashes i Cinema Strange
czwartek, 12 czerwca 2008
Z archiwum
Dość niespodziewanie przypomniałam sobie mały sen sprzed paru tygodni. Opowiem.
Ona-czyli-ja rozmawiała z dziewczyną, która w tym śnie była jej (czyli moją) przyjaciółką. Ale tylko w tym śnie. Bo nigdy wcześniej jej nie widziałam. Pewnie zresztą wiecie jak to działa... Rzeczona przyjaciółka była posiadaczką całkiem już sporego brzuszka, w którym mieszkał sobie ludzik, mający niebawem poprawić wskaźniki demograficzne kraju. Jednak jego rodzicielka nie była nastawiona przesadnie prorodzinnie i nadawałaby się co najwyżej do folderu odnośnie przebiegu baby-blues a nie by zachęcać przedstawicielki swojej płci do rozrodu. Owa nosicielka dzidziusia powiedziała mi we śnie tak: "Widziałam kiedyś plemniki pod mikroskopem. Rzygać się chce. To obrzydliwe, że takie larwy zasquotowały moją różową maciczkę".

Obudził mnie atak śmiechu. Jak się okazało - własnego i trochę sarkastycznego. Bo z jednej strony przeogromnie byłam uradowana, tym że takie przewrotne i urokliwe zdania wypowiadane są przez jej-czyli-MOJE przyjaciółki w MOICH snach... a z drugiej... hmm... gdyby tak podjąć się analizy tego snu na głębszym poziomie... zresztą... nie wiem czy chcę. A może jakieś propozycje?

Pozostając w tematyce prokreacyjnej - mój słynny brat twierdzi, że to on mnie urodził, i że mieszkałam u niego w brzuszku, i karmił mnie rurką przez pępek (dobrze kombinuje, nie?) a potem pani mu rozcięła brzuszek i mnie wyjęła. Żadne argumenty do niego nie przemawiają, wszystko ma doskonale przemyślane. Próbowałam go zagiąć pytaniem, jak niby, jego zdaniem, się w tym brzuszku znalazłam, a on mi na to, że mnie połknął! Więc ja z miną zwycięzcy stwierdziłam, że przecież nie mógł mnie połknąć bo póki co jestem od niego sporo większa, a B. patrząc na mnie z politowaniem wytłumaczył: "Blondynko! Ty wtedy malutka byłaś!" Chwieją się filary mojej tożsamości. Bo jeśli ma rację?

 
1 , 2